poniedziałek, 22 lipca 2013

Diabeł

Pomału opadałam z sił. Mój oddech stawał się coraz głośniejszy i czułam całym ciałem rytm mojego serca. Już dawno przestałam słyszeć mojego oprawce. Nie, dlatego, że go zgubiłam nawet mogłam się założyć, że jest coraz bliżej, po prostu jego niezwykłe ciche ruchy drapieżcy zagłuszało moje własne ciał. Jedynym sposobem na przeżycie było znalezienie kryjówki. Ciemne, nocne ulice wydawały się być świetnym schronieniem, jednak doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie przed tym, co mi siedziało na karku. Za zakrętu wyrósł przede mną mur. Przeklęłam. To oznaczało, że zgubiłam drogę. Licząc na własny instynkt skręciłam w prawo i przestałam już zwracać uwagę, w jakie uliczki skręcam. Stanęłam na końcu bardzo długiej i ślepej uliczki. Wstrzymałam oddech. Kilka metrów za mną zaledwie usłyszałam równy rytm kroków. Z przestrachem rzuciłam się do kontenera na śmieci. Nie miałam już czasu, by do niego wejść, co zapewne pomogłoby mi zakryć ślady w smrodzie gnijących śmieci, skoczyłam, więc za niego kryjąc się w cieniu i mając na dzieje, że mój zapach zaginie wśród tych wszystkich ohydnych zapachów. Za wszelką starałam się uspokoić zbyt szybki oddech. Pot spływał mi po twarzy i dekolcie, przyklejał kosmyki, krótkich czarnych włosów do twarzy. Każdy zimny podmuch wiatru przyprawiał mnie o dreszcz i gęsią skórkę. Jeszcze w klubie zrzuciłam z siebie wszystkie okrycia wierzchnie, a potem już nie miałam czasu, ani myśli by je wziąć. Więc siedziałam tak w zapomnianej przez władze dzielnicy warszawy w samej bluzce bez rękawów króciutkich szortach i trampkach. Jak ja bogu dziękowałam za to, że nie ubrałam szpilek. Usłyszałam głuche echo kroków. Wstrzymałam oddech nieznajomy szedł wolno, na pewno zataczając się pijackim zamroczeniu. To na pewno nie był ktoś, kogo powinnam się bać, jednak, gdy przechodził blisko mojej kryjówki zamknęłam oczy i jak bym mogła nie pozwoliłabym sobie nawet na bicie serca byle tylko zachować zupełną cisze. Po chwili odgłosy kroków zaczęły cichnąć, gdy był już wystarczająco daleko, że słyszałam zaledwie głuche dudnienie.  Jednak nadal tkwiłam bez ruchu.
Morze jak ten pijak przeszedł to On też już zrezygnował.-Moje myśli rozpalały płonę nadziej i optymizmu.
Po dłuższej chwili pozwoliłam sobie na to by wyjrzeć zza kontenera. Gdy tylko to zrobiłam natychmiast schowałam się powrotem. U wylotu uliczki niedbale oparty o ścianę budynku stał mężczyzna. Widziałam tylko zarys jego sylwetki w nikłym świetle, ale mimo to wiedziałam, że to On.
-Doskonale wiem, że tam jesteś.- Krzyknął swoim głębokim głosem.
Rozejrzałam się po ścianach uliczki nie było tu nic, żadnej drogi ucieczki. Byłam w pułapce.
Wzięłam głęboki oddech i wyszłam zza kontenera i stanęłam z rozstawionymi nogami gotowa w każdej chwili ponowić ucieczkę. Moją jedyną szansą było prześlizgnięcie się pomiędzy jego palcami i zniknięcie w labiryncie ciemnych uliczek. Teraz mogłam jedynie na adrenalinę, krążącą w żyłach i własne umiejętności inaczej….. no cóż długo nie pożyje. Ruszyłam ostrożnymi kroczkami przed siebie, mierząc przeciwnika uważnym spojrzeniem. W mroku błyszczały się jedynie jego szkarłatne tęczówki, których nigdy nie ukrywał, po prostu pozwalał wierzyć, że to efekt koloryzujących soczewek. Szkoda, że taka nie była prawda. Teraz oprócz koloru przerażała jeszcze kształt źrenic, gdyż był podłużny jak u węża. Kolejny wolny krok, żadnej reakcji, nadal stał tam oparty o ścianę i przeszywał mnie spojrzeniem.  Kiedy byłam już zaledwie metr od wylotu, wąskiej uliczki on odbił się od ściany i kilkoma susami staną na środku mojej drogi ucieczki, niczym strażnik i czekał. Przypominało mi to zabawę dzieci w berka, takie podchody, ale tu tylko jemu było do śmiechu, bawił się zemną w kotka i myszkę. W tym problem, że to on był kotem. Wyciągnęłam ostatni z trzech srebrnych sztyletów, które mi jeszcze zostały. Przegrywałam, ale nawet jakby nie zamierzałam się poddać bez walki. Zmrużyłam oczy, bo widzieć choćby najmniejszy jego ruch i zerwałam się biegiem na linii, której bronił rzuciłam się i przeturlałam pod ostrzem miecza i pomiędzy jego nogami, jednym zwinnym wyskokiem wróciłam do pionu i rzuciłam się na oślep przed siebie. Mogłam liczyć jedynie na łut szczęścia on był ode mnie szybszy, a ja miałam zaledwie kilka sekund przewagi, jeśli zacznie się zastanawiać, w którą stronę biec źle się to dla mnie skończy. Instynktownie wybierałam kierunki nie zatrzymując się nawet na kilka sekund. Jednak po chwili adrenalina przestał być tak dobrym paliwem, nogi bolały mnie już niemiłosiernie o płucach nie mówiąc. Ostatkami siłami stalowej woli zmuszałam się by utrzymać narzucone tempo.  Tym razem jak wstrzymywałam oddech nie słyszałam nic, oprócz szaleńczego bicia sera. Koniec zabawy, czas to zakończyć- zdawała się szeptać mrok wokół mnie.
Kolejny zakręt i ślepa uliczka. Odwróciłam się w stronę atakującego. W mocno zaciśniętych palcach, na wysokości ucha trzymałam sztylet. Praktycznie spojrzałam w lufę pistoletu. Mojego pistoletu na srebrne kule wymoczone w święconej wodze z wyrzeźbionym krzyże. Była to broń, co prawda przystosowana do walki demonami jednak na śmiertelników równie dobrze działała.
-Myślała, że chcesz mnie żywą- Warknęłam patrząc na niego, gdy stał nie cały metr ode mnie.
-Żywą, ale nic o pełnym zdrowiu nie wspominałem.- Uśmiechną się do mnie ukazując ostre kły. –Skarbie spokojnie, odłóż broń, to nie będzie aż tak źle.
Wiem, że nie powinnam mu wierzyć w ani jedne słowo jednak teraz to była moja jedyna opcja.  Skrzywiłam się i upuściłam ostrze, po czym kopnęłam je by znalazło się poza moim zasięgiem. Srebrna klinga błysnęła smutno po raz ostatni i zniknęła w mroku. Tym razem dotrzymał słowa schował pistolet za pasek. Mogłam mu go zabrać i strzelić, co dałoby mi może 2 minut. Jeśli dobrze to rozegram, bo raczej już nie da się nabrać na przejście dołem. Gdy zastanawiałam się czy warto poświęcić wszystko na tą kartę, on zrobił szybki krok w przód i sięgną po moje ramie. Uchyliłam się i zasadziłam mu kopniak w brzuch. Złapał moją nogę i wyhamował uderzenie przy okazji zmusił mnie do padu na płasko na ręce. Kopniakiem wyrwałam mu się i energicznym wybiciem stanęłam na nogi, gdzie dostałam silne uderzenie w brzuch. Instynktownie zwinęłam się, choć ból nie był nie do opanowania. To był mój błąd. Zdecydowanym ruchem przyszpilił mnie całym swoim ciałem do ściany. Nie był jakimś kulturystą miał drobną posturę jednak kryło się w niej niesamowita siła i zwinność. Gonił mnie, przez co najmniej 4 km a nie był nawet spocony, tym bardziej nie okazywał żadnych oznak zmęczenia. Jednak ręką wsuną mi pod kark, a drugą przytrzymywał moje ramie. Z jego palców wysunęły się pazury, które wyglądały imponująco i sprawiały ból, choć nie posuną się jeszcze tak daleko, aby przebić skórę. Jego usta były przy moim uchu, a jego ciało wydawało się atak zimne przy zetknięciu z moim.
-Mam cię- Szepną a jego pachnący lawendą oddech otulił mnie i lekko otumanił.
-Puść mnie- Warknęłam władczo. Choć wiedziałam, że tego nie zrobi chciałam odwrócić jego uwagę od mojej wolnej ręki, która powędrowała do paska po broń. 
Jednak on udaremnił moje starania. Wysuną rękę z pod głowy i zacisną palce na nadgarstku tylko po to by po chwili przycisnąć ją do kamiennej przeszkody. Jęknęłam z bólu, gdy moje kości zatrzeszczały pod naporem jego siły. Na szczęście nie zmiażdżył mi nadgarstka.
-Bardzo niegrzeczna z ciebie dziewczynka Anastazjo Isep.- Na dźwięk jego słów drgnęłam. Skąd on zna moje prawdziwe imię ?
-Nie, ja się nazywam Sara Grajuska.- Odparłam bez zająknięcia. Jęknęłam, gdy jego szpony głębiej wbiły się w moje ramie.
-Naprawdę ?- Zapytał. Odsuną się ode mnie, zabrał rękę z ramienia, z której zniknęły szpony i cały czas trzymając mnie za prawy nadgarstek z rozmachem obrócił się o 180 stopni, co sprawiło, że z zaskoczenia łupnęłam głową i plecami o betonową ścianę. Przez chwile zapomniałam jak się oddycha, przed oczami pojawiły mi się czarne mroczki. Kiedy do mojego ciała wróciła świadomość rzeczywistości, zdałam sobie sprawę, że siedziałam na betonie oparta o ścianę, a nade mną stał mój oprawca z mieczem w ręce, którego koniec spoczywała dokładnie na środku mojej piersi gotowy, by przebić kość mostka i dosięgnąć serca.
-Nie kłam złotko. W twojej sytuacji jest to bezcelowe i co najwyżej morze przysporzyć ci więcej cierpień. – Uśmiechną się do mnie przymilnie tym razem już nie dostrzegłam kłów, tylko równe, białe zęby. – Ja doskonale zdaje sobie sprawę, że w śród 30 trupów w tym obskurnym barze gdzie cie znalazłem z moją familią, znajduje się 5 trupów z organizacji watykańskiej przeciwko demonom. Swoją drogą odkąd ty obiłaś szefostwo ta grupa zaczęła być realnym zagrożeniem i czymś, czym powinienem się był zająć już kilka miesięcy temu, ale dopiero zdałem sobie z tego sprawę, gdy sprawdziłem na własnej skórze, jaka jesteś piekielnie skuteczna. –Patrzyła na mnie z mieszaniną podziwu i pożądania, co wcale mi się nie podobało.- To w jaki sposób mnie uwiodłaś i że o mało, co nie wpadłem w jedne z tych sideł zrobiło na mnie wrażenie. Tym bardziej, że przez moją głupotę uratował mnie jedynie łut szczęścia.
Schował miecz do pochwy przewieszonej przez ramie i podał mi rękę.
-Ile masz demonów na sumieniu ?
-Daruj sobie- Syknęłam i wstałam nie przyjmując jego wyciągniętej dłoni. Cały czasu sunęłam plecami po ścianie z obawy, że się przewrócę. Wałczyłam z mroczkami pojawiającymi się przed oczami.
Nie zabrał ręki po prostu na nowo przycisną mnie do ściany. Jęknęłam.
-No nie wstydź się. -Szepną mi do ucha. – Chyba, że wolisz znowu sprawdzić jak mogę wyciągnąć od ciebie informacje.
Skrzywiłam się na myśl o następnym bliskim spotkaniu ze ścianą, albo czymś o wiele gorszym.
- Już dawno odechciało mi się liczyć, jesteście wszyscy tak do siebie podobni.-Odparłam zmęczonym głosem.
Kłamałam i on o tym wiedział. Był diabłem oni tworzą z ludzi te podmioty diabelskie, potwory zrodzone tylko, po to by im służyli w zamian za życie wieczne. Podczas ostatniego polowanie popełniłam błąd , a w moim zawsze można się pomylić tylko 2 razy, a zaraz będzie mój drugi raz.
Diabły można zabić na 3 sposoby całopalenie, odcięcie głowy i wypatroszenie. Niby nic takiego jednak z powodu ich nadprzyrodzonych zdolności dość ciężko się do nich zbliżyć a co dopiero poszatkować.
Oderwał się od mojego ucha i spojrzał mi w oczy. Spojrzałam na niego twardo bez strachu i zająknięcia.Zanim zdążyłam choćby mrugnąć wbił mi dwa kły w kark i wstrzykną jad, który unieruchomił mnie do tego stopnia ze straciłam świadomość tego, co się wokół mnie dzieje.
-Oł- Szepnęłam i bezwiednie opadłam w jego ramiona.
Ocknęłam się z letargu, gdy diabeł wsuwał moje ciało na tylne siedzenie swojego samochodu, czarnego luksusowego BMV. Po chwili wsuną się obok mnie, położył moją głowę na kolanach i samochód, zapewne za sprawą wampirzego szofera, ruszył w ciemną noc. Odzyskałam władze w nogach i w rękach. Szybkim susem zerwałam się z tej dość niezręcznej pozycji i od razu tego pożałowałam. W głowie mi się zakręciło, ciemno zrobiło mi się przed oczami a świat przestał posiadać jakiekolwiek kierunki. Moja głów z cichym łupnięciem uderzyła o szybę. Walka, potem Ucieczka i przesłuchanie, a na końcu jeszcze ten jego jad osłabiły mnie do takiego stopnia, że nie byłam wstanie nawet ustać na nogach a co dopiero się bronić. W moich myślach pojawiło się widmo nieuchronnego końca. Jęknęłam. On już siedział bardzo blisko mnie. Wsuną mi rękę pod głowę bym nie doznawała następnych urażeń podczas jazdy po wyboistych drogach, a prawą rękę Obią mnie w pasie.  Głowę wtulił w moją szyje. Napawał się moim zapachem, wsuną ręce we włosy. Nie musiałam długo czekać, aż wysuną język i zaczął nim badać moją szyje przesuwając się coraz wyżej zatrzymał się na uchu.
-Jesteś taka słodka. – Mrukną.
Stłumiłam jęk. Jestem trupem. Choć morze to nie jest najlepsze określenie lepiej pasuje muchą w pajęczej sieci lub myszą w szponach jastrzębia. Szczerze wątpiłam, że jak on ze mną skończy zostanie ze mnie coś więcej niż kości. Jeśli w ogóle coś zostanie.  Jego język przesuną się bardziej w bok w stronę moich ust, po chwili nasze usta się spotkały, a on zaczął badać moje usta i bawić się moim językiem. W jednej chwili przez głowę przeleciało mi tysiące wspomnień, każda sekunda mojego życia puszczona w przyśpieszeniu od urodzenia do tej felernej nocy w klubie gdzie familia Droner zepsuła mi akcje na nowo poznany rodzaj demonów. 
Diabły właśnie tak działają wysysają esencje duszy a jak ofiara jest na tyle zmotywowana by zgodzić się ofiarować własną dusze w między czasie pożerają i ją.
Esencji duszy są dwie jedną z nich jest krew, druga wspomnienia, które tak bardzo wiążą się z naturą człowieka.
Jednak on teraz nie żywił się. Jeszcze nie. Na razie tylko smakował, pomału zaostrzał apetyt i osłabiał wole ofiary, co zwiększało szanse na posiąście jej duszy.
W końcu jego usta oderwały się od moich, a ja wróciłam ze swojej podróży, gdy samochód staną przed schodami do dwu skrzydłowych drzwi wejściowych. Prowadziły ona do wnętrza potężnego dworu pochodzącego zapewne z XIXw. Gdzie panowała niczym niezmącony spokój i przepych. Luksus tego miejsca czułam ze swojego miejsca. Mój towarzysz wysuną zabrał ze mnie ręce i wysiadł. Zaszedł od drugiej strony, by pomóc mi wysiąść. Tak jak myślałam nie byłam wstanie stać o własnych siłach. Wziął mnie w ramiona tak jak bym była panną młodą i przeniósł przez próg. 

1 komentarz:

  1. Dobre. Ten element o esencji duszy i tym, jak działają diabły, bardzo prawdziwy.

    OdpowiedzUsuń