czwartek, 8 sierpnia 2013

Siedem zakończeń

Wśród cudów tego świata najważniejsza dla mnie była jego twarz. Zawsze gdy zamykałam oczy widziałam go z jego złocistymi brązowymi oczami. Słodkie rysy i kochany miękki głos. Jednak do tego obrazu dołączyła ona piękna dziewczyna, o kasztanowych włosach, pięknym kształtnym ciele i czerwonych pełnych wargach, które dotykało jego różowych i zapewne słodkich. Te delikatne dłonie jak szpony zacisnęły się wkoło jego ramienia. Niczym syrena go uwiodła i nie da mu takiego szczęścia jak ja chciałam mu dać. Jednak nie mogłam z nią konkurować. Po policzkach spływały słone krople. Wyskoczyłam z łóżka jak oparzona. Sens życia. Moim celem stała się pudełko. Ze środka wyjęłam kilkanaście listków z lekami, tabletki lądowały na drewnianym blacie. Wyglądały jak cukierki, tak słodko i zachęcająco. Spadałam niżej i niże opadając w błogi stan zapomnienia. Błogi spokój, lecz nie na długo…


Krzyk. Znowu. Brzdęk butelki. Zgrzyt upadającego ciała. Przekleństwo. Trzask zamykanych drzwi. Zimne powietrze przeszyło moje ciało na wskroś. Nie było ogrzewania. Bezwiednie zatrzęsłam się. Ciche łkanie. Nie przyjedz, nie dzisiaj, ale jutro. W głowie się zakręciło, w ustach poczułam gorzko- kwaśny smak. Nie mogłam nie dam rady. Nie chce, nie mogę, nie pozwolę. Moje nogi spotkały się z zimną podłogą. Krok za krokiem. Myśl za myślą. Strach i zimna bezsilność miały przewagę w tej walce. Gabinet, na stole stała butelka rumu w szufladzie leżał pistolet. Policyjna broń. Wyciągnęłam ją z kabury. Zimna lufa dotknęła mojej skroni. Mogłam uciec, jednak nie miałam dokąd. Byłam bezbronna i pozbawiona możliwości pomocy i on. Nie chciałam go więcej widzieć nie chciałam by mi to robił, to bolał i to nie tylko cieleśnie. Dłoń nie zadrżała. Rozległ się huk.
Wolność gdzieś daleko uleciało, nie wierzyłam że to zrobią. Zbyt długo ufałam w głos ich sumienia i siłę swojego krzyku. Teraz patrzyłam na złotą obrączkę, która oplatała mój palec niczym obroża na szyi. Nocna bryza porwała welon. Niedługo zegary wybiją północ. Krzyki radości i alkoholowego szaleństwa płynęły z królewskiego dworku. Z lekceważącym uśmiechem na ustach patrzyłam na morze, jego silne fale rozpadały się o twarde ostre skały. Tak piękne, nieokiełznane i podobne, do mnie. Nienawidziłam strachu, cieni siedzących na plecach. Paranoja to moja przyszłość. Czarna jak niebo bez jarzącej się zimnym  światłem księżyca i błyskających wesoło gwiazd. Zamknęłam oczy, pozwoliłam wiatr rozwiał włosy, stałam poza wszystkim przeszkodami na krawędzi. Zrzuciłam kajdany i wyrzuciłam je za siebie, zostawiając wszystko co złe za sobą. Krzyk. Spojrzałam w te jego gniewne, spragnione oczy. Jak zawsze pewne, władcze. Na moje usta wpłyną lekceważący uśmiech, posłałam mu ostatni pocałunek. Ciało wygięło się w łuk i poczuło smak bezwładności. Oddałam swe ciało nieposkromionemu kochankowi, jedynemu, który rozumiał. Wolna, czysta i szczęśliwa. 


Jej słowa kroiły serce niczym ostrze. Pajała złością i nienawiścią. Zrozumiałem, jednak nie potrafiłem zaakceptować, nie umiałem się z tym pogodzić. To ona mnie zdradziła, to ona oskarżała mnie o sprawki których nie popełniłem. To ona była silniejsza w tej walce. Widmo niedomówień przesłoniło prawdę, a z nią znikł też pozorny spokój. Ktoś odpalił początek łańcuch nieszczęść, nie chce śledzić jego biegu. Wystarczy mi zimna nienawiść i samotność, której doznałem do tej sekundy. Kłamstwo tańczy ze strażniczka ostatnich wrót w namiętnym tańcu. W świetle świecy zabłysną sztylet. Ten, który ma wieczną historie. Zimna stal przeszyło serce tak jak słowa umysł, a prawda świadomość. I pochłonęła śmierć to co nie zdążyło nawet doznać rozkwitu. 
 
Obiecałam, że tego nie zrobię. Wiedziałam co mi grozi gdy spróbuje, jednak tracę kontrole. Teraz
ręce drżały gdy wzrok wbity w strzykawkę pełną wybawienia. Pragnienie zżerało wnętrzności sprawiający fizyczny ból. Tak jak godzinę temu traciłam świadomość. Ciało pragnęło tego jednego szybkiego zapomnienia. Przepraszam kochanie, przepraszam maleństwo, po policzkach płynęły łzy gdy igła wyuczonym sposobem znalazła tętnice. Zamknęłam oczy, odchyliłam głowę, przegrałam. Krew zmieszała się z trucizną, płynęła do serca. Już rzadno uderzenie nie przerwało ciszy, tego błogiego snu.




Wiedziałam, że wróci. Nie byłam wstanie powstrzymać łkania. Wstałam z kąta nie bez trudu. Musiałam znaleźć wyjście. Zmęczony umysł sam znalazł sposób, obolałe ciało bezwiednie zabrało się za wykonanie. Krzesło pod kratą robiącą za żyrandol. Lina, którą przywiązywał mnie do łóżka. Wspomnienie ojcowskiej dłoni, marynarska pętla i harcerski węzeł. Miękki nogi stanęły na krześle, po policzkach płynęły łzy. Strach nie dał rady odebrać mi klucza do drzwi, nikt i nic nie zabierze mi spokoju, który był na wyciągnięcie ręki. Krzesło wyślizgnęło się z pod nóg. Świat wirował i skrywał się w coraz wyraźniejszym mroku. Doczekałam chwil gdy bezdech stworzył jedność ze słabnącym tętnem.
Życie, tak nieuchwytne. Pikanie działało jak uparty owad jednak było znakiem, że wciąż jeszcze żyłam. Rury kroplówki wiły się niczym wąż, który wgryzł się w moją rękę. Na łóżku obok spała kobiet blada i zmęczona tak samo jak ja. Czułam że zbliżam się do końca. Choć tyle jeszcze nie zrobiłam, niczego nie żałuje. Żyłam pełnią życia, byłam szczęśliwa. Nie,  żałuje. Nie poznam prawdziwej miłości do tego jedynego tak wyjątkowej, nie zaznam  smaku rozkoszy. Nie poczuje wojowniczych kopniaków dziecka, ani ciepła maleńkiego ufnego ciałka. Tyle straciłam. Zamknęłam oczy. Dostane drugą szanse ? Aparatura przyśpieszyła. Biła na alarm.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz